środa, 3 czerwca 2015

Rozdział I Nie ma to jak codzienność...

Dzień zaczął się jak codzień.

Obudził mnie budzik, ale mnie nie przekonał. Rzuciłam nim przez uchylone drzwi szafy i schowałam głowę pod poduszkę.
Niestety moja chwila triumfu nie trwała zbyt długo.
Do mojego pokoju weszła moja macocha- Uwaga!! Drżyjcie wszystkie kopie kopciuszka, bo oto nadchodzi prawdziwa wiedźma. Takich osób nawet by nie zatrudnili w produkcjach Disney'a od lat 8.- uwierzcie mi.
Tak więc bez pukania( uwierzycie?!) weszła i zwaliła mnie z łóżka.
-Wstawaj!- warknęła jeszcze grożąc palcem- co może taki palec? Nie chcecie wiedzieć. Wyszła z miną pełną obrzydzenia, czyli specjalnie zarezerwowaną dla mnie.
 Tak to naprawdę udana pobudka. Zazwyczaj jeszcze oblewa mnie wodą. (Zapewne święconą, lub z klozetu)
Wstałam więc i zaczęłam się szykować. Dzisiaj musiałam z okazji pierwszego września ubrać całkowicie nie praktyczną czarną sukienkę.
Gdy już byłam gotowa zatrzymałam się jeszcze przed drzwiami, by się przygotować psychicznie na wkroczenie na pole bitwy.

Nie wiecie o co chodzi?- szczerze mam szesnaście lat i przez te sześć jeszcze się w tym nie połapałam.
Gdy wchodzi się do kuchni widać tylko pole zniszczenia przez moje doszywane rodzeństwo, a konkretnie bliźniaki destrukcji.
Mogli by zarabiać pieniądze jako niszczarki.
Siedzieli właśnie przy stole i ,,jedli'' naleśnik. Tak właśnie...naleśniki
Ludzie !!! Tyle lat jesteście na świecie i nic nie wiecie.
Tylko, że dzisiejsze śniadanie już wisiało przyklejone syropem na suficie. Wszędzie latały placki, a dżem i polewa tofi dziwnie zmieniły kolor naszych kafelek z żółtych, na podejrzany kolor brązu, kojarzący się z udziałem alkoholika na kacu.
Naprawdę tak wyglądały u nas posiłki. No oczywiście nie jadamy tylko naleśników i  trochę szkoda, bo nie widzeliście jeszcze płatków śniadaniowych w akcji.- wierzcie mi nie chcecie zobaczyć.
Mój ojciec nic sobie nie robiąc siedział przy stole, czytając kolejną książkę historii lotnictwa. Niestety okładka była tak zniszczona przez truskawkowy dżem, że nie mogłam odczytać tytułu. Kartki wylatywały lub lekko zwisały maczając się w kawie, postawionej przed nim na ladzie.
Nawet mu nie przeszkadzał kawałek ciasta, który zaplątał się w jego zwariowaną czuprynę.
Mówiąc swoje codzienne poranne kwestie takie jak ,,No co?'', ,,To nie ja!'', ,,Jeśli rzucisz tym we mnie umoczę ci głowę w kiblu i szpuszczę wodę!''᾿.
Szybko zgarnęłam oblepione syropem jabłko z koszyczka na blacie i wymknęłam się po cichu z domu.

Nasze mieszkanie znajdowało się na Manhatanie i byliśmy tu już aż dwa miesiące!- wiem ja też nie mogę w to uwierzyć.
Zawsze się zdażało, że część naszych śniadań wylatywała przez okno, trafiając w samochody, lub oblepiając posesje sąsiadów. Oprócz tego było także dużo skarg na hałas i zakłócanie pożądku.- dacie wiare?
Nasze mieszkanie niestety jest małe, a nie powinno takie być przy takim ,,lekkim bałaganie''. Liczyło tylko pięć sypialni, kuchnie i małą łazienkę, którą musiałam dzielić ze wszystkimi.
Tak to mogę uznać za problem zwykłej nastolatki, ale tylko to.

Moja nowa szkoła, która szczerze powinna być zaszczycona mając od teraz taką uczennicę jak ja i zapewne i tak nie będzie jeszcze na taką gotowa w swoich murach, wyglądała jak stary gotycki kościół.- wiec genialnie!
Uwielbiam architekturę, a w szczególności antyczną. Od zawsze pasjonowały mnie cudowne zdobienia marmurowych kolumn. Niezwykłe budowle oraz wiele innych rzeczy z tej dziedziny, o których mogłabym gadać bez przerwy.
Moim wiekim marzeniem jest to aby zostać w przyszłości architektem, ale z moimi problemami nikt nigdy nie chcę mi dać szansy, aby dostać się do lepszej szkoły.
Wciąż koło mnie dzieją się dziwne rzeczy.
Po pierwsze i najgorsze nawiedzają mnie okropne sny. Widzę wtedy jakiś ludzi walczących z potworami niekiedy naprawdę badzo okronych, przez co jeszcze bardziej brzydkich.
Po drugie widzę rzeczy, które często nie mają sensu i nie istnieją. Uważam, że nie zwariowałam, bo jakoś żyję po tych sześciu latach, gdy mój tato zaczął się umawiać z kolejną kobietą, która mnie totalnie i niezaprzeczalnie nienawidzi.
Nienawiść wzięła się już na samym początku. Musieliśmy się wciąż przeprowadzać, a macohca tego nie chciała.
Najgorsze jest jednak to, że wciąż nachodzą mnie pająki. I nie mówię tu o jakiś małych pajączkach, które utkały sobie pajęczynkę u was w rogu sufitu. Chodzi mi o gigantyczne, owłosione pajączyska, które jakby ściągały się wszystkie tylko po to aby mnie nawiedzać.

Dlatego właśnie żadna z lepszych szkół  nie chce mnie u siebie. I właśnie przez to wylądowałam tutaj w ,,Heroes Academi''᾿.- na serio nie żartuję.
Nazywa się to Akademią Herosów i nie chodzi mi tu o kolejne krztałtowanie jakiegoś Supermena w trykocie z wyprzedaży.
Założyciele tej ,,cudownej i genialnej'' placówki wychowawczej wzięli sobie za cel krztałtowanie młodzieży z problemami. Czyli wielogodzinne rozmawianie o swoich marzeniach i zabawy w powiedzenie komplememntów.
Nie wiem co sobie myśleli zakładając coś takiego.- może uważali, że dzieciaki będą po zajęciach przeprowadzać staruszki przez jezdnię i ściągać koty z drzew.- Tak jasne, już biegną na wyścigi.

Gdy weszłam do środka chciałam już natychmiast wyjść. Ściany były tu całkowicie białe, chociaż wytrawne oko mogło dostrzec nutkę żółci w tej otchłani bieli prosto z szpitala dla obłkanych.- a może ta szkoła właśnie jest taka?
Wchodzło się do środka kierując się schodami w górę i mijając dolne szatnie.
Korytarz rozdzielał się wtedy na dwie strony prowadzące do klas, lub do sal wykładowczych.- Okej jeśli się nie zgubię tutaj przez najbliższe pięć minut, to znak, że moi bracia wsadzili mi do głowy nawigację.
Skręciłam w lewo i doszłam już do wielkiej sali, która wyglądała na gimnastyczną. Drzwi były zamknięte czyli rozpoczęcie roku już się zaczęło.
Przeklęła w duchu i starając się wejść nie zauważenie wemknęła się do środka.

Jak przypuszczała wcześniej była to zwykła sala gimnastyczna, ale wystrojona specjalnie na pokaz. Gdy się wchodziło, po twoich obu stronach rozciągały się rzędy siedzeń dla wizów tworząc całkiem niezłe trybuny. Na pzeciwko roztaczała się otwarta przestzeń hali zagracona teraz miejscami dla nauczycieli, dyrekcji i innych pracowników szkoły.
Na ścianie wisiał wielki transparent, jakkby zrobiony przez przeczkolaków, z napisem ,, Kochajmy się i uczmy!'' , ,,Bądźmy Herosami!''.
Lepszy byłby napis ,,żygnijmy teńczą i polatajmy na jednorożcach''.

Dyrektor właśnie skończył przemawiać prosząc pewną grupę, widocznie starszych uczniów o oprowadzenie młodszych kolegów po szkole.

I właśnie wtedy zobaczyłam je.

Wyglądały jak zwykłe nastolatki i  zapewne szkolne plastiki, wyposażone jedynie w kilogramy tapety, różu i pudru, oraz ani najmniejszego grama mózgu.
Typowe dziewczyny, ale jednak... Po chwili znów się to wydarzyło.
Ich włosy się wydłużyły i jakby spowiły je płomienie. Palce u rąk wyglądały jak ostre szpony, które nawet z takiej odległości lśniły złowrogo.
Zęby zamieniły się w kły, ale tylko u góry, jakby u tygrysa szablozębnego.
Ale nogi były jeszcze dziwniejsze. Jedna z nich wyglądała jak...u osła?!- pokryta szarą sierścią i zakończona kopytem. A druga była cała obudowana jakimś nieznanym i lśniącym metalem. Jakby były niedokończonym robotem, lub miałay bardzoo dziwną i ciężką protezę nóg.

Gdy zwróciły wzrok na mnie zobaczyłam także jak ich oczy przepełnia szkarłat, jakby krew dostała im się do powiek przesłąniajac im widok.
Byłam tak wstrząśnięta, że gdyby nie ruszający na mnie tłum pozostałych uczniów, stałabym tam patrząc na potowrzyce z krwi, kości, metalu, zwierzęcia i może jeszcze czegoś bardziej nieludzkiego i równie przerażającego.

Odwróciłam się i wybiegłam z sali kierując się do najbliższych drzwi.



Jeszcze nigdy w moim życiu tak szybko nie biegłam. Miałam wrażenie, że ludzie po moich śladach widzieli unoszący się za mną kurz.
Ja jednak wciąż miałam przed oczami te stwory, które prześladowły mnie w myślach. Miałam gdzieś opinię ludzi, których niemal staranowałam i kilkaktortnie przewróciółam. Płuca paliły jakby prechodziły przez ni płomienie, a nie tlen. Nogi bolały, ale wciąż biegłam mając oczy przesłnięte tamtym mrożącym mi krew w żyłach obrazem rodem z horroru.
Mój umysł się buntował i szukał racjonalnego wyjaśnienia, ale czy kiedykolwiej mi się udało?

Czy to się wydarzyło naprawdę? I dlaczego znów? Dlaczego teraz?

Gdy opowiedziałam kiedyś o tym ojcu wyglądał na przerażonego, a jego skóra stała się niepokojąco sina, pozbawiona wszelkich kolorów.
Miałam zaledwie cztery latka, gdy powiedziałam ,,Tata! Tam jest duzy piesek. I chyba glodny.''

Wtedy właśnie zaczęły się nasze przeprowadzki i trwają do dziś.

Gdy oddaliłam się o kilka kilometrów od szoły i tych istot, stałam znów na ulicy przed moim domem. Z otwartego okna na trzecim piętrze można było dosłyszeć trzaski i krzyki macochy. Nawet raz wyleciał- kapeć?
Wolałam nie wiedzieć.

Nie miałam najmniejszej ochoty znów znaleźć się w oko w oko z potworem z bagien i jej małymi diabłami. Oraz z ojcem, który wciąż mnie ignorował.

Poczułam złość na ojca.

Nigdy ze mną nie rozmawia. Nie powiedział mi nic o mojej matce. Tylko tyle, że znalazł mnie przed swoimi drzwiami w kołysce. Leżałam tam owinięta dziwnie złotym kocykiem- przypominającą owczą sierść, z listkiem oliwki i kartką dla ojca, której nigdy mi nie pokazał.

Tylko tyle wiedziałam o sobie i matce. Tylko tyle wiedziałm o moim życiu.

Macocha uważała mnie za przybłędę i nigdy nie pozwalała mi się bawić z moimi baćmi Bobby'm i Matt'em. Jakbym to ja była widywanym przeze mnie potworem, lub miała ich zarazić moją odmiennością.
Ale to nie ja chodziłam z głową w chmurach.
To nie ja terroryzowałam innnych swoim wyglądem, krzykiem i kościstym palcem.
I na pewno to nie ja oblepiam całą kuchnię plackami....A jednak

Owiewana przez chłodny wiatr skierowałam się do drugiego krańca ulicy czekają na stacji metra. Chciałam gdzieś pójść...Gdziekolwiek.
Ale napewno nie chciałam wracać do domu.
Nie pasowałam tam. Moja codzienność różniła się od zwyczajnego dnia mojej rodziny.
Nie pasowałam tam...








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz