środa, 3 czerwca 2015

Rozdział II Czułam, że tego pożałuję.

Chciałabym móc powiedzieć, że dokładnie wiedziałam dokąd jadę, ale bym wtedy skłamała. Wsiadłam do pierwszego lepszego pociągu, siadając szybko na wolnym miejscu. Podsiadłam jakiegoś łysiejącego faceta, który tylko coś gniewnie mrukną i odszedł dalej sypiąc łupieżem z pozostałych włosków po bokach.  Ale nawet to nie mogło mnie na dłużej niż minutę odciągnąć od rozmyślania. Niestety mój mózg wciąż przetrawiał dzisiejsze wydarzenia i nie byłam wcale spokojna i rozluźniona.

Od zawsze tak miałam. Wciąż zamyślona, szukająca rozwiązań, ulepszeń i odpowiedzi. Wciąż zastanawiałam się nad moimi działaniami i planowałam następny krok.
Gdy moje rodzeństwo obrzuci mnie jakimś jedzeniem, to ja tradycyjnie moczę mu głowę w kiblu. Tak to wygląda.
Wydawał mi się to takie naturalne. Całe to moje planowanie ciągłej strategi, jakby wszstko było dla mnie jakimś wyzwaniem lub polem walki.- a to i tak mam w domu.
Jednak gdy widywałam ludzi, którzy byli całkowicie zamotani nie mogący się skupić, wciąż zapominali czegoś, czułam się znów jak odmieniec.

Jechałam już od ponad dwudziestu minut, ale nie śpieszno mi było opuszczać tego zatłoczonego i bardzo nieprzyjemnie pachnącego przedziału.
Ludzie byli stłoczeni w grupkach stojąc lub siedząc. Czuć było zapach potu i brudu, bo nie każdy niestety zachowywał zasady higieny.
Widziałam jakiegoś ważniaka w drogim garniturze, ale także brudnego włóczęgę w poszarpanych łachmanach.

Może to od niego tak śmierdziało?

Nie powiem miałam szczeście, że usiadł dalej ode mnie. I także nie stwierdzę, że pachniał fiołkami, no chyba, że tymi z kompostownika z innymi odpadami.

Gdy przejażdżka przeciągnęła się już do trzydziestu minut, wysiadłam na najbliższej stacji.
Nie wiedziałam gdzie jestem. Nie miałam pieniędzy, telefonu...- zapewne się dziwicie.
Dlaczego nastolatka, chociaż trochę tak nienormalna jak ja, nie ma telefonu i wciąż nie wysyła sms-ów do rozchichotanych koleżanek?
No to powiem wam tylko jedno słowo- ojciec.

Tak. Ojciec.

Mój tato nie pozwala nawet mi się zbliżać do starego telefonu stacjonarnego, już nie mówiąc o noszeniu przy sobie telefonu komórkowego.- i nie chodzi tu o jakąś karę czy szlaban za pyskowanie.

Ale gdybym miała nawet telefon, albo chociaż bym go dotknęła, nie pisałabym do koleżanek.- bo żadnej nie miałam.

Przestałam się już oszukiwać, że gdzieś mogę mieć przyjaciół. Nawet jakbym znalazła jakiś szaleńców podobnego pokroju co ja, to i tak nic z tego by nie wyszło. Ciągłe przeprowadzki nauczyły mnie jednego.
Nigdzie nie miałam swojego miejsca.

Gdy tak rozmyślałam nawet nie zauważyłam gdzie się aktualnie znajduję. Kiedy już opuściłam podziemia cuchnącego metra, zobaczyłam dopiero gdzie trafiłam.
Czułam przyjemną morską bryzę, która osiadała mi lekko na skórze i już nawet tutaj na jakimś zaśmieconym chodniku, słyszałam szum morza i uderzenia fal.

Po chwili kalkulowania stwierdziłam, że to zapewne południowe wybrzeże Long Island.
Nie czekając dłużej ruszyłam w stronę wybrzeża.




Widocznie mało osób odwiedza to miejsce, ponieważ było tytaj nie wiele zabudowań, tylko nieliczne domki stały samotnie na wzniesieniach.

Po kilku minutach stałam twarzą w twarz z morzem. Wiart targał moje włosy, ale nie przejmowałam się tym. Mogłam mieć teraz nawet gniazdo z kurą na głowie- i tak bym się nie przejęła.
Od razu zdjęłam buty i wbiegłam na plaże.
Czułam pod stopami nagrzany drobny piasek, który nie był zaśmiecony, a nawet naznaczony śladami ludzi.

Gdzie są inni?

To było jedyne pytanie jakie sobie zadałam, gdy nagle zobaczyłam jego...

Mogłabym powiedzieć milion rzeczy, które w pełni by nie oddały zdziwienia zachwycenia i ogólnie stanu w jakim się znalazłam, gdy zobaczyłam tego chłopaka.

Wychodził właśnie z morza, po prostu. Jakby się wynużył i pokazał się pierwszy raz światu. Był w samych zielonych szortach, a jego nagi tors lśnił od kropelek wody i wyglądał tak jakby nigdy nie był blady.- z tak idealną opalenizną widać było, że nie jest na plaży pierwszy raz.
Nawet z takiej odległości zobaczyłam jego czarne, teraz mokre, włosy przerzucone na jedną stronę przez wiatr.
Ale nie to było takie cudowne. Jego oczy...
Tak oczy. Mogłabym powiedzieć, że widziałam milion par oczu u miliona innych ludzi, ale takich...
Jakby zamkną w nich kawałek oceanu, lub morza, z którego właśnie się wynużył.
Ich zielona głębia niemal mogła utopić, gdyby nie koło ratunkowe jakie sobie rzuciłam.- spoliczkowałam się sama i potrząsnęłam głową aby się otrząsnąć.

Po chwili zbeształam się za moją reakcję. Zaczęłam się ślinić do jakiegoś niznajomego chłoptasia, jakby byl jakimś cudem, lub bogiem.

Od razu wróciła dawna ja. Przybrałam opanowany wyraz twarzy- czyli musiałam zamknąć rozwarte usta, z który wcale nie leciała ślinka i ruszyłam w jego stronę.

Wiart wiał mocniej, gdy się przybliżałam, a chłopak jeszcze mnie nie zauważył.
Gdy jednak przeniósł na mnie wzrok, był kompletnie zaskoczony i zaszokowany.

Patrzył na mnie jakbym była jakimś potworem lub jakbym była bliską znajomą tego włóczęgi z pociągu.
Co on sobie myślał?!

Podeszłam do niego jeszcze bardziej zacięta niż przed tem.
Chłopak także po chwili się otrząsną.- chociaż on się nie ślinił na mój widok. Nie żebym ja to robiła!

-Cześć.- powiedział po chwili z szelmoskim uśmiechem.- Skąd się tu wzięłaś?
Jego pytanie wytrąciło mnie z kontekstu.
Naprawdę? Skąd się tu wzięłam? Czy wyglądam jak moja macocha- mini potwór z bagien, który przypadkowo trafił na plaże.

-Jak widzisz przyszłam tak samo jak ty.- warknęłam nieprzyjemnie, sztyletując go wzrokiem. Chłopak wydawał się trochę rozbawiony moją reakcją. Patrzył teraz na mnie jak na zdenerwowane dziecko, które nie dostało lizaczka.

-Spokojnie. Chodziło mi głównie o to, że ta plaża jest prywatna.- usprawiedliwił się z jeszcze bardziej łobuzerskim uśmieszkiem.
Miałam ochotę zdzielić lub utopić go w tym morzu.

-A tak? To zapewne także ty nie powinieneś tu być.- założyłam ręce na piersi nie dając mu sobą pomiatać. Jeśli to jego plaża, to tym bardziej tu zostanę .
Miałam mu nawet ochotę przyprowadzić tego włóczęgę z pociągu, lub jakiegoś psa z rozwolnieniem.

-Może tak, może nie.- zaśmiał się widząc moją zaciętą minę.- To plaża mojej przyjaciółki. Pozwoliła mi tu przychodzić, bo wie jak lubię morzę.- zaśmiał się jakby coś go rozśmieszyło.

-Jestem Percy, tak przy okazji.- wyciągnął do mnie rękę, ale ja nie miałam ochoty mu podać swojej. Nie wiedzieć czemu, bylam od początku do niego,, leciutko'' uprzedzona.
Miałam ochotę się z nim przekomażać i wygrywać. Motywowała mnie ta jego przemądrzała mina, a jeszcze bardzej ten jego łajdacko, łobuzerski uśmieszek.

-Nie znam cię. Nie zadaję się z obcymi, prawie gołymi facetami.- oznajmiłam znów przybierając swoją zaciętą minę.
Percy się zaśmiał, kręcąc głową jakby mówił ,, Na co mi przyszło z tą dziewczyną.'''

-Dlatego się przedstawiłem. Jestem Percy Jackson. -wskazał na siebie jakbym była idiotką i nie mogła inaczej zrozumieć bez pokazania rączką.- Może ja teraz mogę ciebie poznać, co? Bo wiesz jak się inni dowiedzą, że rozmawiałem z dziewczyną w czarnej sukience na plaży, która łajała moje ego i nawet nie poznałem jej imienia, to mnie wyśmieją.

Pokręciłam głową w niedowierzaniu. Dlaczego jeszcze gadam z tym kretynem?!
 Czy on ma wodę zamiast mózgu?!

-No to masz pecha.- mruknęłam do niego słodziutko z pełną nutą jadu.- Twoje rozdęte ego jeszcze bardziej mnie nie interesuje niż poznanie się z takim dupkiem jak ty.- Percy wydawał się już naprawdę zdziwony moim zachowaniem.- i nie tylko on.
Co jest dzisiaj ze mną??!

Miałam już odchodzić, gdy znów się do mnie przybliżył, tym razem z poważniejszą miną.

-Ale tak naprawdę? Mogę spytać, skąd się tu wzięłaś.- spróbował ponownie. Widziałam w jego zielonych oczach naprawdę sporo uporu podobnego do mojego charakteru.
Wyglądało na to, że się nie odczepi póki mu nie odpowiem.

-Przyszłam. Nie widać.- oznajmiłam w końcu, trochę oschle, ale niech ma.- przemądrzały palant.- Istnieje coś takiego jak magiczne metro zdolne przenieść cię do innego miejsca. A tam spotykasz zarozumiałych chłopaków bez nuty wyczucia.

Percy znów się zaśmiał, ale tym razem przyglądał mi się bardziej intensywnie.
Od razu moja zaciętość wyparowała, zastąpiona zaciekawieniu.
Czy naprawdę mam na tej głowie jakieś gniazdo z kurą?

O co mu chodzi? On naprawdę nie wiedział co to metro, czy co?

-Ciekawe...- mruknął nie spuszczając ze mnie wzroku.- Czy nie mogłabyś naprawdę ze mną pogadać...No ale bez tej całej towjej ,,niech ten półgoły idiota się odemnie odczepi''?

-A niby dlaczego? Jesteś aż tak zdesperowany i samotny, że musisz zagadywać nieznajome dziewczyny?- odparłam znów troszeczkę zbyt nieprzyjemnie.
Percy wzniósł oczy do nieba i mruknął coś pod nosem.
chyba się przesłyszałam, bo zabrzmiało to jak ,,Oh Bogowie''᾿.

-Dziewczyno co ja takiego ci robię, że ty mnie już tak nienawidzisz? Chcę tylko podadać.- podniósł do góry ręce jakby chciał pokazać, że jest nieuzbrojony. -A jak dobrze stwierdziłaś, jestem zdesperowany, bo jak widać na tej plaży nie mam z kim pogadać, prawda?
Musiałam przyznać mu rację, ale tylko w myślach. Jeszcze czego, abym to powiedziała na głos.

-Możesz pogadać sam do siebie. Zapewne takie rozmowy cię bardziej interesują.- znów moja zaciętość wzięła górę.
Percy znów pokręcił głową, mówiąc ,,niemożliwa ona jest''᾿.
To dlaczego wciąż truje mi mój cenny czas?
Niestety jednak byliśmy tu sami i naprawdę nie miał kogo innego terroryzować.
Westchnęłam przegrana.

-Dobrze.-widząc jego zwycięzki, pełen wyższości uśmieszek od razu tego pożałowałam.- Ale...- pogroziłam palcem.- kurcze naprawdę jak moja macocha!
...jeśli mi się ta rozmowa z tobą nie spodoba, zapewniam cię, że zakopię cię na tej plaży i bedziesz musiał czekać na jakiegoś psa, który mógłby cię później odkopać. Czy to jasne?!

-Jasne jak słońce.- odparł energicznie.- A czy teraz będę miał ten zaszczyt poznać twoje imię?- zapytał unosząc arogancko jedną brew.
Czy zasłużył? -oczywiście, że nie!
Czy wciąż mnie irytuje?- jasne, że tak. Takiego gościa mogłabym wysłać swojemu najgorszemu wrogowi i jeszcze zapłacić za przesyłkę ekspresową.
Ale jednak coś w tonie jego głosu i przez tą głębie w jego oczach, odpowiedziałam zanim ugryzłam się w język

-Annabeth.- odparłam.- Annabeth Chase.- czułam, że tego pożałuję...


Rozdział I Nie ma to jak codzienność...

Dzień zaczął się jak codzień.

Obudził mnie budzik, ale mnie nie przekonał. Rzuciłam nim przez uchylone drzwi szafy i schowałam głowę pod poduszkę.
Niestety moja chwila triumfu nie trwała zbyt długo.
Do mojego pokoju weszła moja macocha- Uwaga!! Drżyjcie wszystkie kopie kopciuszka, bo oto nadchodzi prawdziwa wiedźma. Takich osób nawet by nie zatrudnili w produkcjach Disney'a od lat 8.- uwierzcie mi.
Tak więc bez pukania( uwierzycie?!) weszła i zwaliła mnie z łóżka.
-Wstawaj!- warknęła jeszcze grożąc palcem- co może taki palec? Nie chcecie wiedzieć. Wyszła z miną pełną obrzydzenia, czyli specjalnie zarezerwowaną dla mnie.
 Tak to naprawdę udana pobudka. Zazwyczaj jeszcze oblewa mnie wodą. (Zapewne święconą, lub z klozetu)
Wstałam więc i zaczęłam się szykować. Dzisiaj musiałam z okazji pierwszego września ubrać całkowicie nie praktyczną czarną sukienkę.
Gdy już byłam gotowa zatrzymałam się jeszcze przed drzwiami, by się przygotować psychicznie na wkroczenie na pole bitwy.

Nie wiecie o co chodzi?- szczerze mam szesnaście lat i przez te sześć jeszcze się w tym nie połapałam.
Gdy wchodzi się do kuchni widać tylko pole zniszczenia przez moje doszywane rodzeństwo, a konkretnie bliźniaki destrukcji.
Mogli by zarabiać pieniądze jako niszczarki.
Siedzieli właśnie przy stole i ,,jedli'' naleśnik. Tak właśnie...naleśniki
Ludzie !!! Tyle lat jesteście na świecie i nic nie wiecie.
Tylko, że dzisiejsze śniadanie już wisiało przyklejone syropem na suficie. Wszędzie latały placki, a dżem i polewa tofi dziwnie zmieniły kolor naszych kafelek z żółtych, na podejrzany kolor brązu, kojarzący się z udziałem alkoholika na kacu.
Naprawdę tak wyglądały u nas posiłki. No oczywiście nie jadamy tylko naleśników i  trochę szkoda, bo nie widzeliście jeszcze płatków śniadaniowych w akcji.- wierzcie mi nie chcecie zobaczyć.
Mój ojciec nic sobie nie robiąc siedział przy stole, czytając kolejną książkę historii lotnictwa. Niestety okładka była tak zniszczona przez truskawkowy dżem, że nie mogłam odczytać tytułu. Kartki wylatywały lub lekko zwisały maczając się w kawie, postawionej przed nim na ladzie.
Nawet mu nie przeszkadzał kawałek ciasta, który zaplątał się w jego zwariowaną czuprynę.
Mówiąc swoje codzienne poranne kwestie takie jak ,,No co?'', ,,To nie ja!'', ,,Jeśli rzucisz tym we mnie umoczę ci głowę w kiblu i szpuszczę wodę!''᾿.
Szybko zgarnęłam oblepione syropem jabłko z koszyczka na blacie i wymknęłam się po cichu z domu.

Nasze mieszkanie znajdowało się na Manhatanie i byliśmy tu już aż dwa miesiące!- wiem ja też nie mogę w to uwierzyć.
Zawsze się zdażało, że część naszych śniadań wylatywała przez okno, trafiając w samochody, lub oblepiając posesje sąsiadów. Oprócz tego było także dużo skarg na hałas i zakłócanie pożądku.- dacie wiare?
Nasze mieszkanie niestety jest małe, a nie powinno takie być przy takim ,,lekkim bałaganie''. Liczyło tylko pięć sypialni, kuchnie i małą łazienkę, którą musiałam dzielić ze wszystkimi.
Tak to mogę uznać za problem zwykłej nastolatki, ale tylko to.

Moja nowa szkoła, która szczerze powinna być zaszczycona mając od teraz taką uczennicę jak ja i zapewne i tak nie będzie jeszcze na taką gotowa w swoich murach, wyglądała jak stary gotycki kościół.- wiec genialnie!
Uwielbiam architekturę, a w szczególności antyczną. Od zawsze pasjonowały mnie cudowne zdobienia marmurowych kolumn. Niezwykłe budowle oraz wiele innych rzeczy z tej dziedziny, o których mogłabym gadać bez przerwy.
Moim wiekim marzeniem jest to aby zostać w przyszłości architektem, ale z moimi problemami nikt nigdy nie chcę mi dać szansy, aby dostać się do lepszej szkoły.
Wciąż koło mnie dzieją się dziwne rzeczy.
Po pierwsze i najgorsze nawiedzają mnie okropne sny. Widzę wtedy jakiś ludzi walczących z potworami niekiedy naprawdę badzo okronych, przez co jeszcze bardziej brzydkich.
Po drugie widzę rzeczy, które często nie mają sensu i nie istnieją. Uważam, że nie zwariowałam, bo jakoś żyję po tych sześciu latach, gdy mój tato zaczął się umawiać z kolejną kobietą, która mnie totalnie i niezaprzeczalnie nienawidzi.
Nienawiść wzięła się już na samym początku. Musieliśmy się wciąż przeprowadzać, a macohca tego nie chciała.
Najgorsze jest jednak to, że wciąż nachodzą mnie pająki. I nie mówię tu o jakiś małych pajączkach, które utkały sobie pajęczynkę u was w rogu sufitu. Chodzi mi o gigantyczne, owłosione pajączyska, które jakby ściągały się wszystkie tylko po to aby mnie nawiedzać.

Dlatego właśnie żadna z lepszych szkół  nie chce mnie u siebie. I właśnie przez to wylądowałam tutaj w ,,Heroes Academi''᾿.- na serio nie żartuję.
Nazywa się to Akademią Herosów i nie chodzi mi tu o kolejne krztałtowanie jakiegoś Supermena w trykocie z wyprzedaży.
Założyciele tej ,,cudownej i genialnej'' placówki wychowawczej wzięli sobie za cel krztałtowanie młodzieży z problemami. Czyli wielogodzinne rozmawianie o swoich marzeniach i zabawy w powiedzenie komplememntów.
Nie wiem co sobie myśleli zakładając coś takiego.- może uważali, że dzieciaki będą po zajęciach przeprowadzać staruszki przez jezdnię i ściągać koty z drzew.- Tak jasne, już biegną na wyścigi.

Gdy weszłam do środka chciałam już natychmiast wyjść. Ściany były tu całkowicie białe, chociaż wytrawne oko mogło dostrzec nutkę żółci w tej otchłani bieli prosto z szpitala dla obłkanych.- a może ta szkoła właśnie jest taka?
Wchodzło się do środka kierując się schodami w górę i mijając dolne szatnie.
Korytarz rozdzielał się wtedy na dwie strony prowadzące do klas, lub do sal wykładowczych.- Okej jeśli się nie zgubię tutaj przez najbliższe pięć minut, to znak, że moi bracia wsadzili mi do głowy nawigację.
Skręciłam w lewo i doszłam już do wielkiej sali, która wyglądała na gimnastyczną. Drzwi były zamknięte czyli rozpoczęcie roku już się zaczęło.
Przeklęła w duchu i starając się wejść nie zauważenie wemknęła się do środka.

Jak przypuszczała wcześniej była to zwykła sala gimnastyczna, ale wystrojona specjalnie na pokaz. Gdy się wchodziło, po twoich obu stronach rozciągały się rzędy siedzeń dla wizów tworząc całkiem niezłe trybuny. Na pzeciwko roztaczała się otwarta przestzeń hali zagracona teraz miejscami dla nauczycieli, dyrekcji i innych pracowników szkoły.
Na ścianie wisiał wielki transparent, jakkby zrobiony przez przeczkolaków, z napisem ,, Kochajmy się i uczmy!'' , ,,Bądźmy Herosami!''.
Lepszy byłby napis ,,żygnijmy teńczą i polatajmy na jednorożcach''.

Dyrektor właśnie skończył przemawiać prosząc pewną grupę, widocznie starszych uczniów o oprowadzenie młodszych kolegów po szkole.

I właśnie wtedy zobaczyłam je.

Wyglądały jak zwykłe nastolatki i  zapewne szkolne plastiki, wyposażone jedynie w kilogramy tapety, różu i pudru, oraz ani najmniejszego grama mózgu.
Typowe dziewczyny, ale jednak... Po chwili znów się to wydarzyło.
Ich włosy się wydłużyły i jakby spowiły je płomienie. Palce u rąk wyglądały jak ostre szpony, które nawet z takiej odległości lśniły złowrogo.
Zęby zamieniły się w kły, ale tylko u góry, jakby u tygrysa szablozębnego.
Ale nogi były jeszcze dziwniejsze. Jedna z nich wyglądała jak...u osła?!- pokryta szarą sierścią i zakończona kopytem. A druga była cała obudowana jakimś nieznanym i lśniącym metalem. Jakby były niedokończonym robotem, lub miałay bardzoo dziwną i ciężką protezę nóg.

Gdy zwróciły wzrok na mnie zobaczyłam także jak ich oczy przepełnia szkarłat, jakby krew dostała im się do powiek przesłąniajac im widok.
Byłam tak wstrząśnięta, że gdyby nie ruszający na mnie tłum pozostałych uczniów, stałabym tam patrząc na potowrzyce z krwi, kości, metalu, zwierzęcia i może jeszcze czegoś bardziej nieludzkiego i równie przerażającego.

Odwróciłam się i wybiegłam z sali kierując się do najbliższych drzwi.



Jeszcze nigdy w moim życiu tak szybko nie biegłam. Miałam wrażenie, że ludzie po moich śladach widzieli unoszący się za mną kurz.
Ja jednak wciąż miałam przed oczami te stwory, które prześladowły mnie w myślach. Miałam gdzieś opinię ludzi, których niemal staranowałam i kilkaktortnie przewróciółam. Płuca paliły jakby prechodziły przez ni płomienie, a nie tlen. Nogi bolały, ale wciąż biegłam mając oczy przesłnięte tamtym mrożącym mi krew w żyłach obrazem rodem z horroru.
Mój umysł się buntował i szukał racjonalnego wyjaśnienia, ale czy kiedykolwiej mi się udało?

Czy to się wydarzyło naprawdę? I dlaczego znów? Dlaczego teraz?

Gdy opowiedziałam kiedyś o tym ojcu wyglądał na przerażonego, a jego skóra stała się niepokojąco sina, pozbawiona wszelkich kolorów.
Miałam zaledwie cztery latka, gdy powiedziałam ,,Tata! Tam jest duzy piesek. I chyba glodny.''

Wtedy właśnie zaczęły się nasze przeprowadzki i trwają do dziś.

Gdy oddaliłam się o kilka kilometrów od szoły i tych istot, stałam znów na ulicy przed moim domem. Z otwartego okna na trzecim piętrze można było dosłyszeć trzaski i krzyki macochy. Nawet raz wyleciał- kapeć?
Wolałam nie wiedzieć.

Nie miałam najmniejszej ochoty znów znaleźć się w oko w oko z potworem z bagien i jej małymi diabłami. Oraz z ojcem, który wciąż mnie ignorował.

Poczułam złość na ojca.

Nigdy ze mną nie rozmawia. Nie powiedział mi nic o mojej matce. Tylko tyle, że znalazł mnie przed swoimi drzwiami w kołysce. Leżałam tam owinięta dziwnie złotym kocykiem- przypominającą owczą sierść, z listkiem oliwki i kartką dla ojca, której nigdy mi nie pokazał.

Tylko tyle wiedziałam o sobie i matce. Tylko tyle wiedziałm o moim życiu.

Macocha uważała mnie za przybłędę i nigdy nie pozwalała mi się bawić z moimi baćmi Bobby'm i Matt'em. Jakbym to ja była widywanym przeze mnie potworem, lub miała ich zarazić moją odmiennością.
Ale to nie ja chodziłam z głową w chmurach.
To nie ja terroryzowałam innnych swoim wyglądem, krzykiem i kościstym palcem.
I na pewno to nie ja oblepiam całą kuchnię plackami....A jednak

Owiewana przez chłodny wiatr skierowałam się do drugiego krańca ulicy czekają na stacji metra. Chciałam gdzieś pójść...Gdziekolwiek.
Ale napewno nie chciałam wracać do domu.
Nie pasowałam tam. Moja codzienność różniła się od zwyczajnego dnia mojej rodziny.
Nie pasowałam tam...








niedziela, 31 maja 2015

Prolog

Cześć jestem Annabeth Chase.
Wiem wiem co sobie teraz myślicie- kolejna historia jakiejś zakochanej idiotki.
No ale was zaskoczę- wcale nie idiotki! Skąd to wiem...Hym niech pomyślę.
Może dlatego, że moja matka jest Ateną. Tak tą boginią mądrości i strategi.
Nie wierzycie. Trudno- prędzej czy później mi uwierzycie.
A więc udowodnienie, że to nie jest kolejna żałosna historia idiotki- odchaczone.
Czy zakochanej?- Jeśli uważacie, że pójście na niebezpieczną misję tylko dlatego, by ratować pewnego chłopaka, który wcale, a wcale nic dla mnie nie znaczy, oznacza zakochanie- to mogę troszeczkę taką być.
No ale chociaż mój świat jak sami widzicie nie jest taki oklepany i nudny jak sądzicie.
Ale jeśli checie to możecie posłuchać i sami się przekonać.

Mój cały świat przewrócił się do góry nogami, gdy dowiedziałam się, że jestem półboginią.
Jeśli ktoś uważa, że fajnie jest być herosem to powienien już dawno wylądować w izolatce z plastikowym mieczem i pluszową maskotką gorgony do zabawy. Nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że życie półboga to coś cudownego, jeśli jednak tak mówił, to zapewne już was pozdrawia z żołądka jakiegoś piekielnego ogara.
Ale to wasze zanie... lecz spróbuję jej zmienić.

Co was może do tego przekonać...Hym. Może fakt, że wielokrotnie unikałam śmierci, przez zjedzenie przez jakiegoś potwora. Tak wiem- może i byłabym smaczna, ale wolę jednak pobróbować czegoś innego niż robić za wykałaczkę dla jakiegoś obślizgłego stwora.
A może to, że mam totalnie porąbaną rodzinę i ledwo wytrzymuję z nią psychicznie?- nie to też całkiem ograne. Kto nie ma teraz problemów z rodzicami lub rodzeństwem?
A może to, że cały czas muszę się przeprowadzać i wciąż wylatuję ze szkoły- nie jednak nie. Teraz każde dziecko może mieć manię wielkości i mówić o szkole, że to bzdura.
Jednak ja naprawdę lubię szkołę- i nie mówi tego jakaś zwykła kujonka z nierówną grzyweczką z grubymi szkłami.

Bez chwalenia mogę stwierdzić, że jestem całkiem znośna. Mam ponad sto siedemdziesiąt metrów wzrostu i nawet zgrabną figurę.
Oczy i włosy mam po Atenie. Moje oczy są szare i wciąż wzburzone, jakbym cały cas się zastanawiała jakby tu kogoś załatwić. - Ej to nie moja wina!
Jestem blondynką- i od razu ostrzegam, żeadnych kawałów o głupich blondynkach.
Naprawdę mam ostry sztylet i wysyłałam nim samych gigantów w wersi sproszowanej do Tartaru, więc uwaga.
Jeśli już musisz to robisz to na własną odpowiedzialność. Jeśli nie jesteś przywiązany do swojego języka to twoja sprawa.
Sporo się napracowałam, aby wyrobić sobie opinię i pozycję, więc uważajcie.

Przez to, że jestem córką Ateny lubię zawsze wszystko wiedzieć i mieć zawsze i to zawsze racje. Jeśli się z tym nie zgadzasz to pamiętaj, że mam bardzo ostry sztylet.
Tak więc chodzenie do szkoły i zobywanie wiedzy nie jest dla mnie czymś strasznym i tragicznym.

A może przekona was to, że po prosu moją matką jest Antena?- bomba??
No może was to bawi i fascynuje mieć za mamusię kobietę, która może zmienić w pięć sekund waszą sąsiadkę w wielkiego włochatego pająka (A feeee!!)

No sama już nie wiem. Chyba wam przybliże trochę te wydarzenia z tym chłopakiem.
Dla was specjalnie zagłębie się w moim bagnie przeszłości... A więc

Witam wszystkich półbogów!!!

A oto i ja!!!- wiem wiem, cieszycie się, że będę dla was pisać i umieszczać tutaj swoje wypociny.
Tak więc co tu więcej gadać. Oh. Gdzie moje maniery! A oto ja Julla LaValle! Wiem wiem tandentne nazwisko, ale co poradzić. 
Będę tutaj jak wskazuje wszystko, pisać opowiadania o mojej ulubionej parze 
Percy i Annabeth. 
Tak więc aby nie przedłużać powiem tylko, że pierwszy rozdział lub prolog pojawi się bardzo szybko!
Pozdrawiam wszystkich!